sobota, 9 października 2021

Prymas Rodziny 41

 


PERSPEKTYWY DUSZPASTERSKIE

MAŁŻEŃSTWA I RODZINY (cz. 1)

 

Problem rodziny jest wybitnie złożony i skomplikowany. Wchodzi bowiem w grę życie, osobista postawa i dążność człowieka, jego potrzeba wypełnienia szczytnego zadania i powołania, które czerpie z Ojca Życia – zadania przekazywania życia. Zadanie przekazywania życia jest tak wielką siłą i tak ogromną potrzebą natury ludzkiej, iż tylko za cenę szczytnych wyrzeczeń i ofiar można przezwyciężyć w sobie to dążenie. Zawsze jednak będzie się ono odzywać, jako współnaturalne osobowości ludzkiej każdego – bez wyjątku – normalnie rozwiniętego człowieka.

Dzięki temu, że jest to dążenie współnaturalne osobowości ludzkiej i jako takie – jeśli jest rozumnie kierowane – należy do pełni jej rozwoju, wchodzi ono w zakres życia i doświadczeń każdego człowieka, chociażby nie był powołany do życia małżeńskiego i obowiązków rodzinnych.

Niewątpliwie, tak rzecz ustawiając, mamy na myśli ludzi, którzy dla celów osobistych, często naukowych, dla jakiegoś szczególnego powołania, nie wyłączając powołania zakonnego czy kapłańskiego, starają się czynić ofiarę z tego współnaturalnego dążenia osoby ludzkiej. Doświadczenie uczy, że taką ofiarę można podjąć i można być jej wiernym. Jednak zawsze będzie to ofiara i to ofiara trudna. Trzeba więc rzetelnych, pogłębionych umotywowań, aby raz złożonej ofierze, pozostać wiernym.

Przykazanie, które dał Stwórca pierwszym rodzicom, właściwie w porządku naturalnym nie zna wyjątków; „Rośnijcie, mnóżcie się, czyńcie sobie ziemię poddaną, napełniajcie ziemię...”. Ale za tym przykazaniem musi pójść specjalne powołanie, a więc takie usposobienie, w którym człowiek poważnie, rzetelnie i świadomie pragnie wykonywać to przykazanie.

Małżeństwo i rodzina, chociaż jest instytucją określoną normami prawnymi i obyczajowymi, wywodzi się właściwie z samej osobowości człowieka i to jak widzieliśmy – w sposób wewnętrznie imperatywny. O tym trzeba zawsze pamiętać, ilekroć spotykamy się z zagadnieniem powołania do życia małżeńskiego i funkcjonowania rodziny. Człowiek, który czując się powołany do życia małżeńskiego zakłada rodzinę, a później w jakiś sposób sprzeniewierza się temu powołaniu i płynącym zeń obowiązkom, działa właściwie w pewnym zakresie przeciwko prawu przyrodzonemu.

Współcześnie, zwłaszcza od momentu, gdy w dzieje instytucji małżeństwa i rodziny weszły jurydyczne normy rozwodowe, zaczęto patrzeć na małżeństwo i rodzinę zbyt prawniczo, jurydycznie. Dlatego ludziom, kierującym się mentalnością prawniczą, wydaje się, że instytucję raz zawiązaną – rodzinę – można rozwiązać. Wiemy, że jest to praktyka, niestety, bardzo częsta. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że człowiek, który raz poszedł za powołaniem małżeńskim i stworzył rodzinę, jeżeli w jakikolwiek sposób chciałby się wycofać z zawartego małżeństwa lub też opuścić rodzinę, działa nie tylko przeciwko określonym prawom jurydycznym – niekiedy zgodnie z prawem, które mu daje dyspensę – ale przeciw prawu przyrodzonemu, od którego nie ma dyspensy, nawet w dziedzinie praw świeckich, cywilnych, państwowych. Taka dyspensa albo orzeczenie prawne będzie zazwyczaj w konflikcie z tym, co jest wpółnaturalne w osobowości ludzkiej. Zawsze pozostanie w człowieku poczucie niespełnionego obowiązku, przegranej, konfliktu moralnego, który może wikłać dalej osobowość ludzką i doprowadzić do ciężkich zniekształceń. Nie ma właściwie większych konfliktów osobowych, psychicznych, psychologicznych, socjologicznych, jak konflikt z prawem przyrodzonym, to znaczy działanie niezgodne z naturą człowieka, chociażby takie czy inne kodeksy, normy czy przepisy prawne, kierując się ściśle normami jurydycznymi, udzielały dyspensy, która nazywa się potocznie rozwodem. Będzie to zawsze niezgodne z prawem przyrodzonym. I na to rady nie ma! Aż tak głęboko tkwi w osobowości ludzkiej dążenie rodzicielskie, które jest uporządkowane ładem przyrodzonym i uświęcone prawem Kościoła – zgodnie z nauką Chrystusa i teologii chrześcijańskiej.

Jeżeli przyjmiemy taką postawę, zrozumiemy, że instytucja ta ma swoją szczególną trwałość. Nie ma trwalszej instytucji społecznej, jak małżeństwo i rodzina.

Idealistyczni romantycy społeczni, szczególnie pierwszej połowy XIX w., usiłowali zastąpić małżeństwo i rodzinę inną formą przekazywania życia, inną wspólnotą współżycia płci. Takie próby już były. Do ostatnich czasów uważano je nawet za lepsze rozwiązanie, nie wyłączając kodeksów, wydawanych po rewolucji komunistycznej w Rosji. Kodeksy te ulegały jednak ciągłym zmianom. Rzecz ciekawa, po bolesnych doświadczeniach idealizmu romantycznego w życiu społecznym, zmiany szły raczej na dobro trwałości instytucji małżeństwa i rodziny. Usiłowano najpierw zastąpić wychowanie rodzinne wychowaniem społecznym, szkolnym czy przedszkolnym w instytucjach państwowych. Pedagogowie jednak coraz częściej dochodzili do wniosku, że chociaż wychowanie rodzinne w wielu wypadkach nie daje należytych rezultatów, na ogół jest ono lepsze, aniżeli wychowanie poza rodziną. Szczególnie zauważa się to w wychowaniu niemowląt w przedszkolach i w wychowaniu początkowym przed wejściem do instytucji społecznej, zwanej szkołą. Zaczęto wycofywać się z romantycznych pomysłów, bo doświadczenia były zbyt bolesne. W latach 1919-1920 powstała instytucja dziwna – mówię instytucja, gdyż zjawisko było zbyt powszechne – tzw. dzieci „bezprizornych”, opuszczonych, pozbawionych rodziny. Powstały wtedy „gangi” dzieci ulicy (zjawisko to jest znacznie wcześniejsze, chociaż dzisiaj się o nim mówi). To było nie tylko następstwo wojny, ale także następstwo ustawodawstwa zbyt romantycznie pojmowanego.

Z nieudanych prób zaczęto się wycofywać na rzecz trwałości instytucji małżeństwa i rodziny. Nawet dzisiaj, gdy zmniejsza się naturalny przyrost ludności, nie zmniejsza się ilość zawartych małżeństw i założonych rodzin. Wskazywałoby to, że trzeba rozróżniać zagadnienie przyrostu ludności od zagadnienia instytucji małżeństwa i rodziny.

W ubiegłym roku spotkałem się w prasie holenderskiej z inicjatywą sankcjonowania w nowym kodeksie rodzinnym w Holandii tzw. rodzin dużych, czyli rodzin zbiorowych. Projekt, chociaż złożony został oficjalnie do parlamentu, nie był jednak poddany pod rozważania, bo w dyskusji wysunięto przeciw niemu takie mnóstwo zarzutów i trudności, zwłaszcza natury psychologicznej, społecznej i ekonomicznej, że właściwie nie warto było go rozpatrywać.

Była to jeszcze jedna próba, która ukazała, że rodzina jako instytucja współnaturalna osobie ludzkiej, jest nie zastąpiona. I właściwie, chociaż tyle się mówi – i słusznie – o kryzysie rodziny, brak dotychczas innej, lepszej formy zastępczej. Należałoby mówić nie tyle o kryzysie rodziny, jako instytucji, ale raczej o kryzysie ludzi nie przygotowanych do życia małżeńskiego, rodzinnego, nierozumiejących właściwego zadania i miejsca tej instytucji w życiu społecznym i publicznym Rodziny ludzkiej.

S. WYSZYŃSKI, Perspektywy duszpasterskie małżeństwa i rodziny. Na zakończenie cyklu wykładów poświęconych zagadnieniu małżeństwa i rodziny, Warszawa, kościół akademicki Świętej Anny, 9 VI 1969, w: KiPA, t. 31, s. 392-395, Fragmenty.

 


 (Znalezione w Internecie / Źródło YouTube)

sobota, 2 października 2021

Prymas Rodziny 40

 

MARYJA JEST OBECNA, CZUJNA, WRAŻLIWA, UWAŻNA, TROSKLIWA, ZAPOBIEGLIWA.

 

W miesiącu Matki Boskiej Różańcowej warto zanurzyć się w tej modlitwie polecając Jej nasze serca, rodziny i narody. Prosząc, naszą kochającą Matkę o uwolnienie świata od szaleńczego działania szatana.

 

Wy, Drogie Matki, wiecie, że w rodzinie często już wszyscy śpią, utrudzeni pracą dnia, w domu jest cicho i ciemno, ale Wy jeszcze czuwacie. Podobnie jest w Kościele Bożym. Gdy zdaje się nam, że jesteśmy osamotnieni, bo Bóg milczy i chyba nie widzi wszystkich nieszczęść, cierpień, niedoli i zła – Maryja, Matka czuwa, jest przy nas, widzi nasze zmagania i wysiłki. Taki jest sens tajemnicy, którą przypomniał nam Sobór: Maryja obecna w misterium Chrystusa i Kościoła. Obecna – to znaczy czujna, wrażliwa, uważna, troskliwa, zapobiegliwa. Może jak w Kanie Galilejskiej, tak i dziś przypomina swojemu Synowi: „Wina nie mają...” – chleba nie mają, zdrowia i dachu nad głową nie mają, pokoju serca nie mają... miłości nie doznają... Tak szepcze nieustannie swojemu Synowi. To jest Jej zadanie w misterium Chrystusa i Kościoła.

Ale rzecz znamienna, Dzieci Boże, że nawet w chwilach trudnych, Maryja nigdy nie była samotna. Sama wypełniała swoje zadanie, ale zawsze ktoś przy Niej był. W domu nazaretańskim był Jej opiekun – Józef. Na Kalwarii pod krzyżem Chrystusa był Jan, Magdalena, Maria Salome, różne niewiasty z Galilei. A później przyłączyli się do Niej różni ludzie, nawet tacy, którzy przedtem nie byli przyjaźni Chrystusowi. Gdy doznali światła łaski, mówili: „Prawdziwie, to był Syn Boży”. Wszyscy skupili się przy Tej, która stała spokojnie, rozumiejąc tajemnicę Krzyża. Wspierali Maryję, chociaż oczekiwali też od Niej pomocy. Tak było również w Wieczerniku Zielonych Świąt, przed przyjściem Ducha Świętego. Maryja wspierała wszystkich zgromadzonych, ale i oni Ją wspierali, aby mogła wypełnić swoje zadanie wobec młodego Kościoła.

Dzieci Boże! Wiara w to, że Maryja jest, że nas widzi, czuwa nad nami, że działa i pomaga – jest tak powszechna, iż nazywamy Maryję Matką Bożą Nieustającej Pomocy, Wspomożeniem Wiernych, Wspomożycielką i Matką Najlepszą. Nazywamy Ją dzisiaj Matką Kościoła. Wołamy do Niej: Matko nasza! Pielgrzymujemy do Jej sanktuariów. A Maryja raz po raz w jakimś kraju, w nieznanej przedtem miejscowości, jak Lourdes, Fatima, La Salette, czy gdziekolwiek – ukazuje się, mówiąc, że chce zaradzić cierpieniom i mękom ludzkim. Chce nam pomóc. A więc jest! Wierzymy w to. Jednego tylko potrzeba, abyśmy przy Niej stanęli i razem z Nią czuwali. Abyśmy wspierali Ją w wypełnieniu zadania, które ma w Rodzinie ludzkiej do spełnienia. A jak Jej mamy pomagać?

Wy, matki i ojcowie, prowadźcie do Niej swoje dzieci i młodzież. Ofiarujcie Jej to, co dla was najdroższe w świecie – wasze dzieci, a Ona doprowadzi je do Chrystusa. Gdy ktoś choruje, oddajcie cierpiącego Lekarce chrześcijańskiej, a Ona wyjedna mu u Boskiego Lekarza zdrowie. Gdy nie ma chleba w domu, gdy jest niedostatek, wołajcie do Maryi, która karmiła świata Zbawienie, aby jak Matka dała wam pożywienie. Ona przecież patrzyła na wielkie cuda Chrystusa, jak rozmnażał chleby i żywił tysiące. Jej więc oddawajcie wasze troski i niepokój o urodzaje ziemskie, aby je Bóg dał i zachować raczył. Jej oddawajcie wszystkie wasze dzienne sprawy, a Ona przekaże je Temu, któremu Ojciec Niebieski oddał wszystko, co jest na niebie i na ziemi.

W ten sposób będziecie współdziałać nieustannie z tą Matką, którą w Ojczyźnie naszej nazywamy Matką Kościoła, Wspomożeniem Wiernych, Królową Polski. Jej przecież, jako Królowej i Matce, oddaliśmy się w macierzyńską niewolę miłości. A są w Ojczyźnie takie sprawy, które w szczególny sposób trzeba oddawać Maryi.

S. WYSZYŃSKI, Maryja naszą pomocą, a my Jej pomocnikami, Nieborów, 24 V 1972, w: KiPA, t. 40, s. 116-118, fragmenty.

 

(Znalezione w Internecie / klip filmowy własna edycja)

 

Chciałbym serdecznie zaprosić wszystkich, którzy odwiedzają ten blog, aby zechcieli podzielić się swoimi przeżyciami związanymi z Błogosławionym Stefanem Kardynałem Wyszyńskim, jeśli takie mieli w swoim życiu. Proszę przesłać to na mój domowy email, który wielu zna lub na ten: rzecznikpoloniinorth@gmail.com. Obiecuję umieścić Waszą historię na tym blogu. Do końca roku pozostało nam jeszcze 12 niedziel z Prymasem Rodziny.