sobota, 16 października 2021

Prymas Rodziny 42

 


PERSPEKTYWY DUSZPASTERSKIE

MAŁŻEŃSTWA I RODZINY (cz. 2)

 

Z instytucją małżeństwa i rodziny wiąże się prawo przyrodzone i prawo nadprzyrodzone. Jest to związek wewnętrzny, zabazowany na osobie ludzkiej. Normy, które mogą określać te prawa, wynikają z naturalnego dążenia osoby ludzkiej i zależą od jej natury. Nie są one właściwie nadane, tylko wywołane właściwością osoby ludzkiej. Sam charakter każdej osobowości usprawiedliwia całkowicie stwierdzenie: „Biada człowiekowi samemu”. Nie jest to tylko stwierdzenie społeczne, socjologiczne czy psychologiczne. Jest to stwierdzenie wynikające z natury samej osobowości ludzkiej, która rozwija się w pełni dopiero wtedy, gdy idzie za jakimś wielkim powołaniem, czy to będzie powołanie rodzinne, kapłańskie, zakonne czy też naukowe, jak to się zdarza często u wielkich naukowców i badaczy, poświęcających całe życie nauce. Bo nauka jest potężną władczynią i wielką panią, która może całkowicie zawładnąć człowiekiem i pokierować jego wewnętrznym rozwojem. Jak w małżeństwie wielka miłość może dodatnio kształtować tych dwoje, tak i wielka miłość ku nauce czy służbie społecznej może tak porwać człowieka, że w pełni go udoskonali i rozwinie. W rodzinie, w małżeństwie, w którym nie ma wielkiej miłości, albo jest ona zniekształcona przez rozdzielone serca, zazwyczaj droga do pełni doskonałości rozwoju osoby ludzkiej całkowicie się załamuje.

Ponieważ miłość jest potrzebą naturalną, niezwykle jednak trudną, ale dającą możność pełni rozwoju duchowości dwojga, dlatego od początku przy tych dwojgu staje w jakimś wymiarze Bóg. Przeglądając historię najrozmaitszych religii, dostrzegamy, że instytucja małżeństwa jest zawsze w pewien sposób sakralizowana. W sposób pełny sakralizowana jest przez Stwórcę, który łączy dwoje w ich współnaturalnym dążeniu do siebie, i przez Chrystusa, który toczył nawet spór ze swoimi uczniami o nierozerwalny charakter współżycia dwojga, zwanego małżeństwem.

Współżycie wiążące się tylko z przeżyciem, może być autentyczne w rozwoju osobowości tylko raz. Jest to bowiem przedziwne odkrywanie praw i wartości osobowych człowieka, zarówno mężczyzny jak i niewiasty. Księga Genesis w bardzo delikatny sposób mówi o stosunku dwojga, Adama i Ewy: Cognovit uxorem suam (1*) – poznał ją. Poznanie! Tym słowem określa ich inicjalne współżycie. Jak gdyby chce powiedzieć, że do pełni rozwoju nie należy kierowanie się dążeniem zmysłowym, tylko poznaniem niemal intelektualnym (chociaż, oczywiście, działa w tych dwojgu dążenie naturalne, które nie ma tylko charakteru psychicznego, ale charakter psychofizyczny). „Cognovit Adam uxorem suam” – poznał jej prawdę, wie, kim ona jest. Jest to poznanie wyzwalające. Uzupełnia prawdę o człowieku. Człowiek, który przez współżycie poznaje drugą stronę, nabiera dla niej głębokiego szacunku. Taki jest sens, istota małżeństwa. W każdym innym wypadku jest to załamanie naturalnego rozwoju psychiki człowieka.

Nic dziwnego, że ludzie, którzy dla różnych powodów, zwłaszcza po utraceniu współmałżonka przez śmierć, zawierali ponowne małżeństwo w sposób jak najbardziej legalny, zgodnie z prawem i przepisami Kościoła, na ogół odczuwali pewnego rodzaju zażenowanie wobec nowego związku małżeńskiego. Bo takie przeżycie rozwojowo autentyczne, jest tylko raz. I dlatego właściwie pełna prawda poznania jest tylko między pierwszym współżyciem dwojga, w ich pierwszym, jedynym małżeństwie.

Może człowiek, przynaglony obowiązkami rodziny, która utraciła matkę, zaczyna szukać matki – wychowawczyni dla osieroconych dzieci. Ale nawet wtedy, gdyby najlepiej spełniła ona swoje zadanie, mężczyzna, doceniając w pełni zasługi swej drugiej małżonki, będzie miał świadomość, że nie jest to ten sam proces, jakim jest pierwsze współżycie dwojga, które rozwija go duchowo, osobowo – tylko raz!

O tym ludzie myślą bardzo mało i dlatego tak mało jest szacunku między dwojgiem. Często małżeństwo przybiera charakter czysto komercjalnej wymiany. I nie ma nad to gorszej rzeczy! Nie ma już wtedy procesu rozwojowego między dwojgiem. Coś się załamuje, wynaturza. Oboje spadają w wielki, głęboki dół. Przestają, jak gdyby działać w sposób naturalny, powiem – współnaturalny. Dochodzi do głosu mechanika, która nawet nie jest współżyciem, tylko techniką, dla której określenia nie chciałbym użyć tutaj potocznego słowa.

W takim wymiarze widzi się wysoką godność człowieka i wysoką godność współżycia mężczyzny i kobiety. Nie jest to problem wstydliwy. Jest to problem, który wiąże się z głębokim szacunkiem, na jaki łatwo się zdobyć. W normalnych warunkach życia rodzinnego, szacunek wyraża się we właściwej postawie dzieci do ojca i matki. W normalnych również warunkach rozwojowych szacunek ten jest tak bardzo wzruszający, że właściwie dzieciom rozwijającym się i wychowywanym w takiej rodzinie, nawet do głowy nie przychodzi żadna pejoratywna myśl o rodzicach. To jest także współnaturalne. Dopiero wtedy, gdy coś w tym współżyciu zawodzi, gdy nie ma należytego ładu moralnego, rozpoczyna się nieszczęście rodziców i dzieci.

Współżycie dwojga jest związkiem jak najbardziej wewnętrznym. To wewnętrzne działanie i dążenie do siebie dwojga, jest tak głębokie, subtelne i delikatne, że z konieczności wymaga sakralizacji i uświęcenia, nie tylko ku pomocy dwojgu, aby należycie wypełnili swoje zadanie, ale również dlatego, aby należycie korzystając z takiej pomocy, utrzymywali wzajemny dla siebie szacunek – aż w nieskończoność.

__________________________

(1*) Cognovit uxorem suam (łac.) – poznał żonę swoją (por. Rdz 4,1).

 

S. WYSZYŃSKI, Perspektywy duszpasterskie małżeństwa i rodziny. Na zakończenie cyklu wykładów poświęconych zagadnieniu małżeństwa i rodziny, Warszawa, kościół akademicki Świętej Anny, 9 VI 1969, w: KiPA, t. 31, s. 396-398, fragmenty. 

 


 (Znalezione w Internecie / Źródło YouTube)

sobota, 9 października 2021

Prymas Rodziny 41

 


PERSPEKTYWY DUSZPASTERSKIE

MAŁŻEŃSTWA I RODZINY (cz. 1)

 

Problem rodziny jest wybitnie złożony i skomplikowany. Wchodzi bowiem w grę życie, osobista postawa i dążność człowieka, jego potrzeba wypełnienia szczytnego zadania i powołania, które czerpie z Ojca Życia – zadania przekazywania życia. Zadanie przekazywania życia jest tak wielką siłą i tak ogromną potrzebą natury ludzkiej, iż tylko za cenę szczytnych wyrzeczeń i ofiar można przezwyciężyć w sobie to dążenie. Zawsze jednak będzie się ono odzywać, jako współnaturalne osobowości ludzkiej każdego – bez wyjątku – normalnie rozwiniętego człowieka.

Dzięki temu, że jest to dążenie współnaturalne osobowości ludzkiej i jako takie – jeśli jest rozumnie kierowane – należy do pełni jej rozwoju, wchodzi ono w zakres życia i doświadczeń każdego człowieka, chociażby nie był powołany do życia małżeńskiego i obowiązków rodzinnych.

Niewątpliwie, tak rzecz ustawiając, mamy na myśli ludzi, którzy dla celów osobistych, często naukowych, dla jakiegoś szczególnego powołania, nie wyłączając powołania zakonnego czy kapłańskiego, starają się czynić ofiarę z tego współnaturalnego dążenia osoby ludzkiej. Doświadczenie uczy, że taką ofiarę można podjąć i można być jej wiernym. Jednak zawsze będzie to ofiara i to ofiara trudna. Trzeba więc rzetelnych, pogłębionych umotywowań, aby raz złożonej ofierze, pozostać wiernym.

Przykazanie, które dał Stwórca pierwszym rodzicom, właściwie w porządku naturalnym nie zna wyjątków; „Rośnijcie, mnóżcie się, czyńcie sobie ziemię poddaną, napełniajcie ziemię...”. Ale za tym przykazaniem musi pójść specjalne powołanie, a więc takie usposobienie, w którym człowiek poważnie, rzetelnie i świadomie pragnie wykonywać to przykazanie.

Małżeństwo i rodzina, chociaż jest instytucją określoną normami prawnymi i obyczajowymi, wywodzi się właściwie z samej osobowości człowieka i to jak widzieliśmy – w sposób wewnętrznie imperatywny. O tym trzeba zawsze pamiętać, ilekroć spotykamy się z zagadnieniem powołania do życia małżeńskiego i funkcjonowania rodziny. Człowiek, który czując się powołany do życia małżeńskiego zakłada rodzinę, a później w jakiś sposób sprzeniewierza się temu powołaniu i płynącym zeń obowiązkom, działa właściwie w pewnym zakresie przeciwko prawu przyrodzonemu.

Współcześnie, zwłaszcza od momentu, gdy w dzieje instytucji małżeństwa i rodziny weszły jurydyczne normy rozwodowe, zaczęto patrzeć na małżeństwo i rodzinę zbyt prawniczo, jurydycznie. Dlatego ludziom, kierującym się mentalnością prawniczą, wydaje się, że instytucję raz zawiązaną – rodzinę – można rozwiązać. Wiemy, że jest to praktyka, niestety, bardzo częsta. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że człowiek, który raz poszedł za powołaniem małżeńskim i stworzył rodzinę, jeżeli w jakikolwiek sposób chciałby się wycofać z zawartego małżeństwa lub też opuścić rodzinę, działa nie tylko przeciwko określonym prawom jurydycznym – niekiedy zgodnie z prawem, które mu daje dyspensę – ale przeciw prawu przyrodzonemu, od którego nie ma dyspensy, nawet w dziedzinie praw świeckich, cywilnych, państwowych. Taka dyspensa albo orzeczenie prawne będzie zazwyczaj w konflikcie z tym, co jest wpółnaturalne w osobowości ludzkiej. Zawsze pozostanie w człowieku poczucie niespełnionego obowiązku, przegranej, konfliktu moralnego, który może wikłać dalej osobowość ludzką i doprowadzić do ciężkich zniekształceń. Nie ma właściwie większych konfliktów osobowych, psychicznych, psychologicznych, socjologicznych, jak konflikt z prawem przyrodzonym, to znaczy działanie niezgodne z naturą człowieka, chociażby takie czy inne kodeksy, normy czy przepisy prawne, kierując się ściśle normami jurydycznymi, udzielały dyspensy, która nazywa się potocznie rozwodem. Będzie to zawsze niezgodne z prawem przyrodzonym. I na to rady nie ma! Aż tak głęboko tkwi w osobowości ludzkiej dążenie rodzicielskie, które jest uporządkowane ładem przyrodzonym i uświęcone prawem Kościoła – zgodnie z nauką Chrystusa i teologii chrześcijańskiej.

Jeżeli przyjmiemy taką postawę, zrozumiemy, że instytucja ta ma swoją szczególną trwałość. Nie ma trwalszej instytucji społecznej, jak małżeństwo i rodzina.

Idealistyczni romantycy społeczni, szczególnie pierwszej połowy XIX w., usiłowali zastąpić małżeństwo i rodzinę inną formą przekazywania życia, inną wspólnotą współżycia płci. Takie próby już były. Do ostatnich czasów uważano je nawet za lepsze rozwiązanie, nie wyłączając kodeksów, wydawanych po rewolucji komunistycznej w Rosji. Kodeksy te ulegały jednak ciągłym zmianom. Rzecz ciekawa, po bolesnych doświadczeniach idealizmu romantycznego w życiu społecznym, zmiany szły raczej na dobro trwałości instytucji małżeństwa i rodziny. Usiłowano najpierw zastąpić wychowanie rodzinne wychowaniem społecznym, szkolnym czy przedszkolnym w instytucjach państwowych. Pedagogowie jednak coraz częściej dochodzili do wniosku, że chociaż wychowanie rodzinne w wielu wypadkach nie daje należytych rezultatów, na ogół jest ono lepsze, aniżeli wychowanie poza rodziną. Szczególnie zauważa się to w wychowaniu niemowląt w przedszkolach i w wychowaniu początkowym przed wejściem do instytucji społecznej, zwanej szkołą. Zaczęto wycofywać się z romantycznych pomysłów, bo doświadczenia były zbyt bolesne. W latach 1919-1920 powstała instytucja dziwna – mówię instytucja, gdyż zjawisko było zbyt powszechne – tzw. dzieci „bezprizornych”, opuszczonych, pozbawionych rodziny. Powstały wtedy „gangi” dzieci ulicy (zjawisko to jest znacznie wcześniejsze, chociaż dzisiaj się o nim mówi). To było nie tylko następstwo wojny, ale także następstwo ustawodawstwa zbyt romantycznie pojmowanego.

Z nieudanych prób zaczęto się wycofywać na rzecz trwałości instytucji małżeństwa i rodziny. Nawet dzisiaj, gdy zmniejsza się naturalny przyrost ludności, nie zmniejsza się ilość zawartych małżeństw i założonych rodzin. Wskazywałoby to, że trzeba rozróżniać zagadnienie przyrostu ludności od zagadnienia instytucji małżeństwa i rodziny.

W ubiegłym roku spotkałem się w prasie holenderskiej z inicjatywą sankcjonowania w nowym kodeksie rodzinnym w Holandii tzw. rodzin dużych, czyli rodzin zbiorowych. Projekt, chociaż złożony został oficjalnie do parlamentu, nie był jednak poddany pod rozważania, bo w dyskusji wysunięto przeciw niemu takie mnóstwo zarzutów i trudności, zwłaszcza natury psychologicznej, społecznej i ekonomicznej, że właściwie nie warto było go rozpatrywać.

Była to jeszcze jedna próba, która ukazała, że rodzina jako instytucja współnaturalna osobie ludzkiej, jest nie zastąpiona. I właściwie, chociaż tyle się mówi – i słusznie – o kryzysie rodziny, brak dotychczas innej, lepszej formy zastępczej. Należałoby mówić nie tyle o kryzysie rodziny, jako instytucji, ale raczej o kryzysie ludzi nie przygotowanych do życia małżeńskiego, rodzinnego, nierozumiejących właściwego zadania i miejsca tej instytucji w życiu społecznym i publicznym Rodziny ludzkiej.

S. WYSZYŃSKI, Perspektywy duszpasterskie małżeństwa i rodziny. Na zakończenie cyklu wykładów poświęconych zagadnieniu małżeństwa i rodziny, Warszawa, kościół akademicki Świętej Anny, 9 VI 1969, w: KiPA, t. 31, s. 392-395, Fragmenty.

 


 (Znalezione w Internecie / Źródło YouTube)